sobota, 14 czerwca 2014

Głos zimy cz. I




S
uzan uderzyła o ziemię z głośnym hukiem. Straciła orientację. Podnosząc się z ziemi na nowo musiała przypomnieć sobie wszystkie dzisiejsze wydarzenia. Obraz był zamazany i wciąż wirował jej przed oczami. Tak, nienawidziła portali. Po kilku minutach powróciła świadomość, a wraz z nią złe przeczucia i strach. Gdzie się teraz znajdowała? Powoli podniosła się ze skąpo porośniętej stepowej trawy. Trafiła na teren równinny. Rozejrzała się. Po jej prawej stronie widniał bambusowy lasek – dokładnie taki sam jak ten obok Świątyni Światła. Przypadek? A może Raiden się pomylił i portal wyrzucił nastolatkę zaledwie o kilometr? Gdy spojrzała w przeciwną stronę odetchnęła z ulgą. Uboga, pożółkła wyściółka ustępowała skalistemu pustkowiu, na którym budowały się potężne góry. Wytężyła wzrok i zauważyła, że na ich zboczach spoczywał wybrakowany śnieg. To na pewno nie były Chiny, a przynajmniej nie znajoma okolica nastolatki. Nie miała pojęcia gdzie jest… I to zaczęło jej poważnie dokuczać. Dodatkowo było chłodno, a mroźny wiatr wiejący z gór począł dawać o sobie znać. Dziewczyna spojrzała na swoje ubranie, uświadamiając sobie owoce swojego roztargnienia. Była bardzo słabo ubrana jak na tutejsze zimne rejony. Spódnica do kolan, błękitny bezrękawnik, sandały – nie ochronią ją przed chłodem. . A noce mogą być tu niemiłosiernie srogie . Westchnęła, nie zabrała nic, kompletnie nic na przebranie, nawet koca z pokoju. „No to su…” zaczęła swoje lamenty.  W tym momencie ozwał się cichy tętent końskich kopyt. Dźwięk nasilał się z każdą chwilą, gdy nagle między prześwitami drzew poczęły przemykać nikłe sylwetki jeźdźców.
Nastolatka wzdrygnęła się, zdała sobie sprawę, że nie może dopuścić do konfrontacji, nie wie z kim ma do czynienia. Instynkt podpowiadał jej, że ten moment jeszcze nie nadszedł. Odwracała głowę na wszystkie kierunki, szukając gorączkowo miejsca do ukrycia. Tą jakże beznadzieją sytuację podkreślała forma terenu – stepy. Żadnego drzewa, żadnej kryjówki. Wtem jej oczom ukazał się dość szeroki wystający z ziemi głaz. Suzan wydała z siebie roztrzęsione westchnienie ulgi i rzuciła się w stronę schronienia, padając plackiem w jego cieniu. Ledwo zdążyła.
Nagle, jak na sygnał z zagajnika wyłonił się oddział wojowników pędzących na koniach. Suzan przyjrzała im się wnikliwie. Nikt nie odróżniał się specjalnie ubiorem. Każdy jeździec nosił się w czerni. Ochraniacze, tunika, buty… Jedyne urozmaicenie stanowiła biała maska. Bogini jako, iż znacznie oddalona od traktu, po którym pewnie galopowała grupa, nie potrafiła dostatecznie dojrzeć jej szczegółów. Tylko przewodnik wojowników bezkonkurencyjnie zwracał na siebie uwagę. Dumnie anglezując mknął na białym rumaku. Jego zbroja była tak zasobna w elementy, że przyprawiała Suzan o zawrót głowy. Splendor triumfującego wojownika podkreślało zachodzące słońce odbijające od srebrnego pancerza swe ostatnie promienie. 


Drużyna szybko minęła okolicę skrytki dziewczyny i zdecydowanie skierowała się w stronę potężnych gór na północy. Suzan nie była tym faktem zachwycona. Zaczął jej bowiem świtać pewien pomysł. „Nie jadą tam bez powodu… Tam musi coś być” rozmyślała w duchu. Gdy oddalili się na jeszcze większą odległość wyjrzała pewnie zza głazu czekając na dogodną chwilę. Mocne kopyta zawzięcie cwałowały po coraz bardziej stromej drodze. Wojownik na przedzie przyspieszył tempa. Już znikali za kamienną ścianą. To był sygnał dla nastolatki. Zawahała się, spojrzała za siebie zaciskając pięści.
- Będę tego żałować – burknęła i wyciągnąwszy włócznie z kołczanu jedną ręką i chwytając torbę w drugą, poderwała się do lotu. Prędko minęła niewielkie wzniesienie, za którym zginęli wojownicy. Wtem uderzył w nią przenikliwy, mroźny wiatr. Włosy zjeżyły się, a na całym ciele pojawiła się gęsia skórka. Skuliła się w sobie załamując ręce. Powiew był tak gwałtowny, że bogini ledwo pozostawała w tym samym miejscu. Po chwili wszystko złagodniało i Suzan klnąc pod nosem ruszyła w ślad za oddziałem. Utrzymywała od nich dość dużą odległość, chcąc pozostać niezauważoną. Ilekroć jeźdźcy spowalniali, nastolatka czyniła to samo. Po jakimś czasie dziewczyna zdała sobie sprawę, iż pogoda powoli się psuje. Temperatura drastycznie spadła, wiatr nasilił się, a psotliwe anioły wlały w dolinę gęstą, mleczną mgłę z niebezpiecznie zacinającym śniegiem. Wichura rozpętała się na dobre, podmuch nie pozwolił nastolatce dłużej szybować. Gdy jej gołe nogi zatopiły się po kolana w lodowatym śniegu aż zacisnęła zęby. Nie było łatwo brnąć przed siebie, niedługo potem dotarło do niej, że zgubiła trop i nie wie dokąd zmierza. Nie miała już czucia w rękach, stopach, ani na twarzy. Miała wrażenie, że jej sine usta niemal skamieniały. Wszystko zdawało się być przeciwko niej. Włosy, bezwładnie opętane przez szalejący wiatr smagały jej kark i zasłaniały oczy. „To był błąd..!” Powtarzała sobie w myślach nastolatka. Wtem w akcie rozpaczy podjęła próbę wzbicia się w powietrze i przedostania przez lodowy chaos. Daremnie, gwałtowny powiew tylko szarpnął ją drastycznie do tyłu. Zatopiła się w zdradzieckiej bieli. Słyszała jedynie świst ostrego wiatru. Gardło piekło ją niemiłosiernie lecz w nadziei, że ktoś ją usłyszy wołała o pomoc. Nikt nie odpowiedział. Powtórzyła błagania. Tylko jęczący wicher. Zrezygnowana podniosła się podpierając swą włócznią i krocząc mozolnie do przodu wytężała wzrok w poszukiwaniu jaskini. Nie spodziewała się, że ktoś usłyszał wołania.

Wojownik na przedzie zatrzymał się. Grupa posłusznie uczyniła to samo. Nasłuchiwał wśród gęstej mgły.
W zbroi tajemniczego bojownika dominowała biel i czerwień. Twarz zakrywała złowroga maska kształtem przypominającą czaszkę. Cały strój posiadał wiele elementów i detali, które jeszcze bardziej umacniały obserwatora w przekonaniu, że postać go nosząca sprawia wrażenie zagadkowej i niedostępnej. Na barkach i biodrach jegomościa osadzone były kołczany na cztery miecze. Zwieszały się z nich łańcuchowate „ogony” zakończone czymś w rodzaju przylegających do siebie zakrzywionych, topornych głowni noży, które unosiły się kilkanaście centymetrów nad ziemią podrygując przy tym delikatnie. Dało się także zauważyć wiele zapożyczeń z ubiorów noszonych przez dawnych samurajów. Mimo to pancerz wyglądał oszołamiająco i  nowocześnie. Największą jednak uwagę przyciągały jego oczy. Świeciły rażąco zielonym, niemalże fluorescencyjnym światłem.
Po krótkiej chwili odwrócił swego konia i bez słów przekazał towarzyszom, iż dalszą drogę muszą pokonać sami. Pierwszy wojownik z brzegu wyszedł przed zbiorowisko.
- Igzust! – ryknął wyciągając rękę przed siebie. Grupa pognała za nowym przewodnikiem porzucając ich dawnego lidera. Ten nie oglądając się za siebie, mimo wyraźnych protestów swego konia obrócił się i pogalopował przed siebie.


Suzan coraz bardziej poddawała się szalejącej wichurze. Chwiejąc się na nogach, oddychała powolnie i płytko. Nawet bogowie, szczególnie ci śmiertelni są narażeni na wychłodzenie i mimo swoich najróżniejszych mocy, nie potrafią temu przeciwdziałać. Nastolatka miała dość. Czuła, że jeśli nie znajdzie zaraz schronienia – padnie i nigdy więcej nie powstanie. Wtem wyprostowała się jak struna. W mętnej mgle zarysowała się postać cwałująca na koniu. Jak na razie znalazła tylko kłopoty. Serce zabiło mocniej, a nogi ostatni raz przygotowały się od wielkiego wysiłku. „To na pewno jeden z nich!” Uświadomiła sobie „Idiotka ze mnie! Po co ja się tak darłam?!”. Poderwała się do biegu, tonąc w grubej warstwie białego puchu. W pewnej chwili prawie skręciłaby sobie kostkę, wpadając w małe zagłębienie. Biegnąc, świst w uszach nasilił się niesamowicie. Włosy niczym falująca, atramentowa flaga powiewały na wietrze. Wtem potknęła się po raz kolejny. Powstając uświadomiła sobie, że prócz wichru słyszy coś jeszcze. Śnieg w oddali skrzypiał cyklicznie, jakby ktoś pędził… na koniu. Chrup, chrup, chrup..! Nie miała zamiaru się odwracać, jak umrzeć  to odwróconym do śmierci plecami. Biegła na złamanie karku niemalże skacząc między śnieżnymi wydmami. Chrup, chrup, chrup!  Mroźne powietrze wdzierało się w jej usta, bezlitośnie piekąc w gardło. Usłyszała wołanie. To wojownik coś do niej krzyczał. Zdanie było bardzo zniekształcone, pewnie przez jazgoczącą wichurę. Koniec, nie miała już sił. Włócznia i torba opadły na puch. Zaraz po nich sine kolana Suzan. Jeszcze na klęczkach kątem oka nastolatka zauważyła zatrzymującego się wojownika. Zsiadł z białego rumaka i wyciągnąwszy miecz ruszył w jej stronę. Więcej nie było dane jej zobaczyć. Upadła twarzą prosto w okalający ziemię śnieg, który wydawał się coraz cieplejszy. Jej oddech był szybki, serce jednak pracowało coraz wolniej. Nie słyszała już nic. Tylko cykliczne: Chrup, chrup, chrup…


Koniec części pierwszej
CDN.
 A wiecie co jest najśmieszniejsze? Przez miesiąc tkwiłam w miejscu nie mogąc zebrać weny. Aż tu nagle pod naciskiem obejrzanego przedwczoraj filmu napisałam rozdział z dnia na dzień. Muszę częściej oglądać X-Menów. x]
Czekam na Wasze opinie. :3
Ciekawe jak przyjmiecie drugą część...
Tak więc: komentujcie, obserwujcie, mała, magiczna ikonka! :>
Pozdrawiam Ekoni.

sobota, 4 stycznia 2014

Radość dawania



S
uzan oparła rękę na stole świdrując wzrokiem Kaito. Ten podejrzliwie sięgnął dłonią w stronę małej kupki kart na środku stołu.
- Siódemka karo – rzekła nastolatka w przeciągłym uśmiechu przysuwając do siebie wachlarz kart. Mężczyzna podniósł jedną brew do góry co jednoznacznie mówiło o jego niedowierzaniu. Puknął palcem dwa razy o stół.
- Sprawdzam!
Już cała prawda miała wyjść na jaw, gdy potężne ramiona otworzyły drzwi do sali biesiadnej.
Yoshimitsu z założonymi do tyłu rękoma, powolnie podszedł do zbiorowiska zacięcie grających klanowiczów. Spojrzał z uciechą na dziewczynę po czym jednym ruchem odkrył kartę przed chwilą ułożoną na stosie.
- Przykro mi Suzan, musisz nauczyć się brzmieć bardziej wiarygodnie. Bierzesz wszystko!
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a bogini zebrawszy wszystkie karty obrzuciła nimi osłaniającego się Kaito.
Dobra, ale do rzeczy – rzekł lider pochylając się na stole. Język dopalającej się świecy podświetlał dolną część jego maski sprawiając, że Yoshimitsu wyglądał jak straszliwy psychopata rodem z horroru – jutro jest ten dzień, chłopaki!
Na to tajemnicze hasło wszyscy podskoczyli z radości i skierowali się ku wyjściu ze stołówki. Wszyscy, oprócz zdziwionej Suzan.
- Jak cały czas będziesz wysyłać swoje brwi do góry, to w końcu zrobią Ci się imponujące zmarszczki. – zachichotał wojownik siadając na stole zbierając parę kart jakie cudem ostały się na blacie.
- Tylko w twoim klanie można takie zyskać… Znów nie wiem o co chodzi! – żachnęła się, popychając lekko Yoshimitsu. Ich stosunki przez czas ponad dwóch miesięcy poprawiły się niesamowicie. Na osobności klanowa powściągliwość mogła zostać zrzucona i zamieniona w luźne rozmowy tudzież większą poufałość z szefem.
- Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? – westchnął marzycielsko, prostując się na stole.
- Do czego zmierzasz?
- Tłumaczyłem ci w jaki sposób działa nasz klan. No, powiedzmy to razem: Manji rabuje bogatym i..?
- …rozdaje biednym! – odparła nastolatka
- A więc właśnie!
- To jest ten dzień? Jutro idziemy dać to wszystko co zrabowaliśmy ubogim?
- Dokładnie tak! Wczoraj z Taichim zliczyliśmy orientacyjnie kasę klanu i uznaliśmy, że planowana suma się w końcu uzbierała! Stuknął nam milion, moja droga!
- Cholera, gdybym miała taki milion…
- Dostaną go ludzie bardziej potrzebujący… I Suzan, proszę nie baw się tą świecą, bo zsikasz się w nocy.
- Skąd wiesz, że to robię?! W tych ogonach nasączonych ADHD też masz oczy? – zaśmiała się, łapiąc jeden ze szkarłatnych kleszczy podrygujących w powietrzu.
Nagle drugi złapał ją znienacka za rękę.
- Nie, stworzyłem je z myślą karania nieznośnych dziewczynek takich jak ty! – mrugnął do nastolatki, gdy ta usiłowała wyrwać się z potrzasku.
„Ah, jaka szkoda, że nie mogę ujawniać swojej mocy… Jak bym Ci to wyłączyła to…”
W końcu Yoshimitu pozwolił, by krogulec rozluźnił uścisk i dziewczyna usiadła obok niego na stole.
- Dziękuję Ci, Yoshi… - szepnęła, spoglądając na nikłą sylwetkę księżyca, majaczącą za wściekłą zamiecią lodową.
- Za co mi dziękujesz? – zapytał zaskoczony zwracając się w jej stronę. Ona uśmiechnęła się tylko i dodała:
- Za to, że przy tobie i tych łobuzach mogłam stać się lepszym człowiekiem.
- Mówisz jakbyś planowała odejść… - podsumował z zaniepokojeniem wojownik.
- Daj spokój… dawno lepiej się nie bawiłam niż tu. Przy okazji mogę poćwiczyć grę w karty. Chciałam po prostu podziękować, gdy wreszcie jesteśmy sami..
- Ja też muszę ci podziękować.
Zdumiona, skierowała swe bielące się oczy na lidera.
- Zauważyłem, że po twoim przyjściu chłopaki jakby się ożywiły. Mówiąc to myślę szczególnie o Kaito. Dawno faceta nie widziałem jak gra z resztą w „Oszusta”! Chyba cię lubią…
- Tak myślisz? – dopytywała się z sielskim wyrazem twarzy.
- Ba! W sumie trudno mi wierzyć, czy da się w ogóle ciebie nie lubić – rzekł, psotliwie pstryknąwszy ją w ucho – radzę ci już iść spać… jeśli nie chcesz, by chłopaki znów w brutalny sposób nie wywalili cię z łóżka! – dodał na odchodne wychodząc z sali.
- Tak Yosh… Ja też nie wiem jak można ciebie nie lubić. – uśmiechnęła się nastolatka.
Ranne zderzenie z podłogą okazało się i tak nieuniknione. Zrzucanie Suzan z łóżka stało się niezwykle kultową tradycją od ponad dwóch tygodni, kiedy to pewnego szczególnie kapryśnego pogodowo ranka dziewczyna odmówiła dobrowolnego opuszczenia pryczy. Ikuo i Nabuo z zadziwiającą zgodnością w działaniu postanowili ukrócić samowolę nastolatki.
- Zamorduję was… - warknęła podnosząc się z trzeszczących paneli. Klanowicze zarechotali zadowoleni z efektu pobudki po czym szybko uwinęli się z jej pokoju. Suzan ubierając na siebie klanowy ubiór próbowała na różne sposoby wyobrazić sobie dzisiejszy dzień.
Idąc już korytarzami cicho podkradła się do grupy chłopaków. Wyłowiła ze zbiorowiska czarną czuprynę Nabuo po czym zdecydowanie pociągnęła za włosy. Nie musiała długo czekać na odzew jego męskiej dumy. Oboje, opętani szaleńczą gonitwą przedzierali się przez tłum zgromadzonych. Dziewczyna wciąż odwracając głowę śmiała się coraz donioślej widząc swoją przewagę. Wtem na wprost niej mignęła znajoma sylwetka. Ledwo wyhamowała na prostej i uskoczyła w bok. Nabuo nie miał jednak takiego refleksu. Omal nie zderzył się z osłupiałym Yoshimitsu. Zachwiał się na palcach, próbując zachować równowagę i jednakowoż nie potrącić swojego lidera. W trakcie manewru ich oczy spotkały się na jednej linii. Milczenie, które parę sekund temu trzymało w rydzach klanowiczów nagle ustąpiło fali cichych chichotów.
Przywódca wzorcowo zachował należytą powagę. Spojrzał zarówno na speszonego Nabuo jak nastolatkę.
- Mam wrażenie, że oboje zapomnieliście gdzie się znajdujecie. – skarcił ich. Jego wysublimowany ton głosu zdawał się być gorszy od najbardziej rozwścieczonego krzyku. Zbesztany wojownik skulił się w sobie, gdy nagle spostrzegł, że Suzan nic nie robi sobie z upomnienia szefa i pokazuje mu język z szyderczym wyrazem twarzy. W tym właśnie momencie jeden z łańcuchowatych ogonów pacnął ją w tył głowy.
Chwilę później bez zbędnych przemówień, oczom przypadkowego wędrowca, który mógłby w zagubieniu przemierzać klanowe okolice wdałby się niezwykły widok: cała, licząca ponad 100 osób drużyna Manji tłoczyła się na mostku w stronę rozdroży. Niczym automaty, które mają wdrukowane zadania w swoje matryce, ruszało się zbiorowisko to do stajni, to w dół zbocza znosząc worki pełne jenów. Całość przebiegała w takiej harmonii i skupieniu, że z pewnością nie jeden zatrzymałby się chcąc poobserwować chwilę to nietuzinkowe zjawisko. Suzan dołączyła się do transportujących pieniądze. Znosiła opasłe torby jeden po drugim ślizgając się od czasu do czasu po oblodzonej w niektórych miejscach skarpie. Dzięki współpracy postanowione czynności w szybkim czasie zostały ukończone. Grupa odpowiedzialna za oporządzanie i prowadzenie koni odszukała swoje wierzchowce i ładując po 3-4 worki usadowiła się w siodłach. Nastolatka niosła właśnie jeden z ostatnich ładunków pieniężnych między szeregami długich, muskularnych nóg wierzchowców. Postanowiła usytuować dźwiganą torbę na grzbiecie największej końskiej szychy klanu – Chinatsu. Upewniwszy się, że bagaż jest dobrze zamocowany chciała z powrotem puścić się w labirynt jeźdźców, gdy nagle stalowa ręka chwyciła ją kurczowo za nadgarstek. Z chwilową oznaką grozy na twarzy obróciła oblicze dając się oślepić błyskającym oczom lidera. Przez chwilę oboje zastygli w tej pozycji nim Yoshimitsu zadziwił ją swą propozycją:
- To bardzo szczególny dzień, co byś powiedziała na pierwszorzędne miejsce u boku swojego przywódcy?
Na te słowa Suzan aż oniemiała z rosnącej radości.
- Byłabym niesamowicie zaszczycona – odparła z oszołomienia trochę niezgrabną składnią.
Tak oto znalazła się na białym grzbiecie po raz drugi. Ruszyli. W powietrzu dało się wyczuć podniosły nastrój chwili. Suzan pojęła, że rozdawanie zrabowanych sum pieniędzy figuruje w klanie jako wyższy rytuał. Sama organizacja całej wyprawy potwierdza tą tezę. Mknęli nieznaną jej okolicą. Porosła była w okazałe lasy i rozległe stawy. Nim jednak nacieszyła oczy tym widokiem obraz zaczął gwałtownie zmieniać postać. Szata roślinna zubożała znacznie, a świeże powietrze, do którego przywykły płuca dziewczyny nasączyły się powoli smrodem cywilizacji. Przed galopującym oddziałem wykiełkowały toporne wieżowce i okalająca je szara aura. Zaraz po ujrzeniu ich w całej okazałości w ich cieniu zauważyć można było liche fawele, które nędznie miotały się chcąc jak najbliżej sięgnąć pierwszych betonowych budynków.  Pokonawszy górzyste wniesienie, grupa zbiegła po zboczu coraz bardziej zbliżając się do wioski. Przez to z każdą chwilą ogrom nędzy uwydatniał się coraz wyraźniej. Zaczęli wolno truchtać, tak jakby Yoshimitsu specjalnie zwolnił tempo chcąc zaprezentować Suzan jeszcze dokładniej problemy potrzebujących. Prowizorycznymi uliczkami snuły się przygarbione postacie w łachmanach. Bosonogie dzieci taplały się w kałużach całe ubrudzone od błota wśród kłębowisk śmieci okalających domostwa.
Dziewczyna spuściła głowę nie mogąc dłużej spoglądać w oczy wychudzonemu psu, który miotał się pod nogami srebrzystego ogiera. Otworzył pysk lecz przysiadł z wycieńczenia nie mając siły szczeknąć. Utkwiła wzrok w obwiązanym worku, który trzymała. Lider widząc to spojrzał na nią wymownie.
- Rozwiąż worek – polecił skinąwszy głową w stronę pakunku – odwróć się tyłem i trzymaj się mocno, a zobaczysz, że wnet poprawi ci się samopoczucie.
Jeszcze w lekkim odrętwieniu spowodowanym okropnym widokiem biedy nastolatka niemrawo wykonała polecenie. Zrobiła młynek do połowy i usiadła plecami do lidera, rozwiązawszy torbę nałożyła maskę na twarz. Wtem bez ostrzeżenia Chinatsu ruszył z kopyta tak, że dziewczyna o mało co nie spadła z jego grzbietu. W grupie zawtórowały ciche gwizdy i okrzyki. Pędzili na złamanie karku. Ożywiło to mieszkańców. Niektórzy stawali jak wryci i w ostatniej chwili uskakiwali przed bandą czarno odzianych jeźdźców. Inni najwyraźniej rozpoznali klan Manji i biegając z chaty do chaty, od ulicy do ulicy rozgłaszali szczęśliwą nowinę:
- „Wrócili! Wrócili! Pędzą głównym traktem!”




Wszyscy powychodzili z chałup i wyjrzeli rozpromienieni. Młodzi z roześmianym wyrazem twarzy przed krótkie odstępy czasu biegli razem z pędzącą drużyną, by w końcu zatrzymać się w zadyszce. Nastał ten moment, wojownicy na tyle rozluźnili worki i pozwolili, by podrygi i zachwiania w trakcie jazdy swobodnie wysypywały ich zawartość. W powietrzu niczym jesienne liście wirowały setki zielonych papierków. Dorośli, starzy, młodzi – wszyscy wyciągali ręce w stronę lecącego dobrobytu. Nawałnica nie ustawała, a nawet z każdą chwilą rozprzestrzeniała się o coraz pokaźniejsze sumy pieniędzy. Suzan również przyłączyła się do akcji. W trakcie karkołomnego biegu, chwyciła za dolny szew worka i wysypała wszystko. Niewyobrażalne bogactwo w mgnieniu oka wyfrunęło jej z rąk. A jednak spojrzawszy na mieszkańców wioski, uśmiechnęła się do siebie szeroko. Wszystek zostawał pieczołowicie zbierany. Nikt się nie kłócił, ci, którzy uzbierali już spory wachlarz pieniędzy, hojnie dzielili się z tymi, których sakiewka pozostała uboga. Rozpoczęły się głośne wiwaty. Cała wioska, jednym głosem skandowała: „Man-ji! Man-ji!”. Pędzącym wojownikom wlało się w serca miłe ciepło. Mijając kolejne ulice, ukazywały im się niczym kołysane wiatrem miliony machających ku nim dłoni. Całość wyglądała jak wielka parada.
- To jest niesamowite! – przekrzykiwała wrzawę Suzan – Po prostu niesamowite!
- Mówiłem, że poczujesz się lepiej. – odwrócił się Yoshimitsu.
Powoli wyjeżdżali z wioski, odprowadzały ich jeszcze donośne okrzyki, młodociani biegacze, oraz zarumienione panny rzucające pod końskie kopyta szybko nazbierane kwiaty rosnące na obrzeżach fawel.
Dziewczyna nie mogła przestać się śmiać. Ogólna radość wisząca w powietrzu udzielała się wszystkim. Klanowicze na tyłach unosili swe miecze do góry, niczym mężowie powracający z wygranej bitwy. Niektórzy dla żartu zakładali na chwilę puste już worki na głowę i puszczali lejce.
Wszystko zdało się upłynąć zbyt szybko. Jednak różnica przed odwiedzeniem wioski i po jej opuszczeniu była bardzo widoczna. Całe miasteczko aż huczało od okrzyków i zabawy.
- Zawsze witają was z takim przepychem? – zapytała wciąż rozpalona po niedawnym przeżyciu.
Na to Yoshimitsu wzruszył niedbale ramionami
- Trudno im się dziwić skoro poprawiamy jakość ich życia.
- Ale pierwszy raz widziałam coś podobnego. To była jakby wycięta scena z filmu, tak wszystko wydaje się nieprawdopodobne.
- Myślicie, że zrobią ognisko? Jak rok temu? – wtrącił się jeden z klanowiczów jadący na przedzie.
- Nic im nie stoi na przeszkodzie. Mają kasę – mogą szaleć. – odparł Ikuo i szarmancko pogalopował poza sunącą grupę.
- W sumie my też możemy zabalować – zamyślił się lider – od wczesnego rana jesteśmy na czczo, a do Manji jeszcze daleka droga.
- Brzmi świetnie – skinęła dziewczyna. Wręcz czekała na jakąś propozycję postoju.
- Chłopaki?
Reszta klanu wydała jednogłośny twierdzący okrzyk. Cały oddział zwolnił tempa.
- Zatrzymamy się przy jednym z tutejszych stawów – zarządził opancerzony wojownik.
Znów powrócili na łono natury. Suzan nie mogła uwierzyć, że tak przyzwyczaiła się do obcowania z przyrodą. Przecież niegdyś żyła wśród wielkomiejskiej warzy, spalin i betonowej codzienności. Wkrótce zatrzymali się. Zewsząd otaczały ich zielone korony drzew i ćwierkające zeń ptactwo.
- Miło znów powrócić w okolice matki natury – westchnęła biorąc głęboki wdech.
Yoshimitsu podszedł do niej i założył ręce na biodrach.
- Trzeba się cieszyć się tym widokiem póki jeszcze można. Już jesień za pasem.
- Naprawdę? – Bogini wyprostowała się jak struna – ale dopiero…
- …zaczynało się lato? – lider zaśmiał się serdecznie – to było dobre trzy miesiące temu!
- To niemożliwe, żeby tyle czasu upłynęło! – na samą myśl kuło ją w żołądku. Od początku nie dała znać Raidenowi o jej obecnym statusie. Był zarozumiały lecz z pewnością mógł być zaniepokojony brakiem odzewu.
- Suzan, wszystko w porządku? – wyrwał ją głos Yoshimitsu, który machał jej dłonią przed oczami. Dziewczyna otrząsnęła się.
- To te widoki – uśmiechnęła się niewinnie – zawsze przez nie tracę głowę.
Połowa drużyny ruszyła w gęstwinę leśną w poszukiwaniu chrustu na ognisko. Inni postanowili nałapać trochę ryb na ruszt. Oniemiała Suzan przyglądała się wojownikom jak w stoickim spokoju nieruchomieją w stawie, by nagle sprawnie schwycić zdobycz. Sama pomogła przygotować palenisko.
- Ricky, przynieś suchy prowiant, który spakowałem – uniósł się gdzieś wśród wesołego zbiorowiska głos lidera. Jak się okazało prowiant zawierał nie tylko strawę, a parę bukłaków wina. Cała drużyna rozsiadła się już wokół ogniska, a pierwsze wypatroszone ryby grillowały się na ostrych patykach. Atmosfera była niezwykle swojska, zebrani jedli, pili i śpiewali – aż do zmroku. Jednak Suzan czasami była odrywana z tego błogostanu. Ściągało ją okropne poczucie jakie doznała na początku podczas rozmowy z Yoshimitsu. On sam gdzieś zaginął. Nie widziała go odkąd zapłonął ogień. Jeszcze niech on ją dekoncertuje! Miała wrażenie, że zna go już dobrze, ale nigdy nie ujrzała jego prawdziwego oblicza. Jakże chciałaby zobaczyć go teraz wśród klanowiczów smakującego rybę, czy pijącego wino. Odstawiła rybi szkielet i do połowy wypity przydział trunku i dyskretnie opuściła towarzystwo.
Jej oczy świeciły w mroku. W borze wszystko zdawało się ciemniejsze. Tak naprawdę nie wiedziała co wyprawia. Czy to nadzieja na znalezienie przywódcy właśnie tutaj? Suche gałązki łamały się pod jej stopami. Nagle stanęła. Ta niepokojąca cisza… Spojrzała w górę. Akurat wśród gałęzi powstała wyrwa, przez którą wyglądał księżyc. – „Znowu ty…” - pomyślała dziewczyna – „ostatnimi czasy wpadamy na siebie dość często.” Wtem listowie zaszeleściło. W dodatku owy szmer miał swe źródło ponad konarami drzew.
- Kung? – wyszeptała pełna nadziei w głosie.
Postanowiła wspiąć się na jedno z drzew. Wybrała te z rozdwojonym pniem, aby nie mieć większych problemów z wdrapaniem się. W trakcie, gdy powoli wchodziła na szczyt zdawała sobie sprawę, że to niedorzeczne, by Lao czekał na nią w koronach drzew. Lecz skoro już podjęła trud… Po chwili przysiadła na jednej z rozwidlonych gałęzi. Oddalała się powoli w rozmarzenie. Ten ciemniejący krajobraz lasów i łąk na zabój przypominał jej wspólny wieczór z Kungiem, tuż przed turniejem.
- Ooo… Lao – mamrotała objęta ekstazą.
- Co za „Lao”? – zadźwięczał głos wśród liści


- JEZU! – zakrzyknęła nastolatka wystraszona do granic. Osunęła się na gałęzi i z pewnością spadłaby, gdyby nie złapał ją Yoshimitsu. Bogini nie wierzyła własnym oczom. Mrugała zawzięcie lecz nie mogła przyjąć tego do wiadomości. – Co ty tutaj robisz?! – dodała, trzymając jeszcze jego rękę. W jej głosie dało się wyczuć rozgoryczenie. Lider wydawał się zaskoczony.
- Dziwne, ale zapytałbym cię o to samo. Często lubię wyskoczyć gdzieś i pobyć sam. Uwielbiam siedzieć na drzewach… - wspólnymi siłami Suzan powróciła na swoje miejsce na gałęzi. Włosy jej jednak były nastroszone, a głowa nieufnie zadarta.
- Jakim cudem wlazłam na to samo drzewo co ty?! – na te słowa Yoshimitsu rozłożył ręce, a potem spoglądając na nią zaśmiał się głośno.
- Złościsz się jakbym przyłapał cię na nie lada uczynku! – i ponownie zawtórował śmiechem.
Dziewczyna nadal w amoku, powoli została zarażona jego rechotem. Chciała być poważna lecz odparła z chichotem w głosie – Nigdy więcej mnie tak nie strasz, zrozumiano?! – Yoshimitsu jednak dusił się bez opamiętania. Wytrąciło to Suzan z równowagi, która rzuciła się na wojownika.
- I to wcale nie jest zabawne! – huczała, potrząsając nim dla zabawy.
Po chwili wojownik uspokoił się, a dziewczyna nieco pewniej rozsiadła się na gałęzi. Serce jednak wciąż rozsadzało jej pierś. Cieszyła się, że jest ciemno, gdyż czuła, że zaczerwieniła się ze wstydu. Yoshimitsu zszargał intymny nastrój chwili. Bała się, że przywódca powróci do tematu Kunga. Ten, mimo, iż początkowo cała sytuacja bardzo go rozbawiła teraz umilkł i widocznie dumał nad tym zdarzeniem. Spojrzał na nią.
- To trochę… niezwykłe, ale – zaczął trochę zmieszany – dlaczego błądziłaś po lesie i… no wiesz. Też lubisz przesiadywać na gałęziach? – Dziewczyna była równie onieśmielona co on. Dodatkowo poruszyła ją jego wścibskość. Przedtem nie przeszkadzało jej to zbytnio. Wręcz przeciwnie. W wielu sytuacjach było to dla niej oznaką troski. Co go u licha obchodzi, co tu robi i dlaczego weszła na drzewo?!
- Nie wiem… ja… po prostu wydawało mi się, że… coś znajomego. – wyznała niezgrabnie i szybko zerwała kontakt wzrokowy. Lider zamrugał oczami. Obrócił się za siebie i ponownie utkwił w niej wzrok. Przeszedł do klęczek i wskazał za siebie.
- To może przejdę na inne drzewo? – nim otrzymał odpowiedź odwrócił się i przygotował do skoku.
- Nieee! – wrzasnęła odruchowo Suzan i schwyciła nawet jeden z podrygujących kleszczy.
Przywódcę zamurowało. Zastygł w miejscu i spojrzał na nią pytająco.
Nastolatka poczuła się jeszcze bardziej niezręcznie.
- To jest… możesz tu być, po za tym to ty pierwszy zająłeś to drzewo i… - w trakcie wypowiedzi Yoshi skrzyżował ręce na piersiach z uciechą najwyraźniej nie wierząc w to co słyszy – to ja powinnam zejść… i iść do reszty, bo-
- Twoja obecność mi nie wadzi, myślę, że możemy się podzielić drzewem. – mrugnął do niej. Nastolatka spuściła głowę onieśmielona. „Co ty wyrabiasz kobieto?! Bo jeszcze nie wiadomo co sobie o tobie pomyśli!”. Atmosfera zdała się ustatkować. Oboje, na przeciwnych konarach spoglądali w nieboskłon usiany imponującą ilością gwiazd. Wtem ich oczom ukazał się jaśniejący warkocz komety.
- O, spadająca gwiazda! – wykrzyknęli jednocześnie. Spojrzeli na siebie i wybuchnęli śmiechem. Suzan na tyle zapomniała niedawną niezręczną rozmowę, że zdecydowała się podjąć kolejną.
- A więc naprawdę lubisz tak siedzieć? Kompletnie sam?
Lider oparł się o główny pień drzewa.
- To bardzo relaksuje. Pomaga mi to przemyśleć wiele rzeczy, przysiąść w tym życiowym pośpiechu.
- To ciekawe. – przyznała – Muszę się przyznać, że szukałam cię i dlatego…
- No i wszystko jasne – odparł przekręcając kokieteryjnie głowę.
- To nie tak jak myślisz – rzuciła od razu – po prostu… nie mogę cię rozgryźć – na te słowa lider znów spojrzał w jej stronę, uważnie nadstawiając uszu jakby świadom, że nastolatka zaczyna swój monolog.
- Niby jesteś taki towarzyski i kontaktowy, a jednak często wymykasz się przy większej imprezie. W ogóle nie widziałam cię w sali biesiadnej, ani razu! W dodatku, czy nie wkurza cię ciągłe siedzenie w tej zbroi, tej masce? Można się udusić i zapocić jednocześnie!
Yoshimitsu zaśmiał się z politowaniem i zmrużył oczy.
- Masz wiele pytań, dziewczyno. Doprawdy nie zdawałem sobie sprawy, że jestem dla ciebie takim znakiem zapytania!
Nastolatka uśmiechnęła się nieśmiało – wybacz, ja-
Wojownik położył jej rękę na ramieniu – Ależ, moja droga… to nic złego, że lubisz pytać. W dzisiejszych czasach to nawet wskazane, o ile nie wychylasz się z tym zbytnio. Bycie liderem niesie ze sobą nie tylko przywileje, ale również odpowiedzialność i obowiązki. Wiem, że czasem moje usposobienie kompletnie zaprzecza mojemu zachowaniu, ale… tak już jest.
- Nie, zagalopowałam się trochę – odgarnęła włosy – czasem za głośno myślę.
- Nie przesadzaj. Wydaje mi się, że dzisiaj wyjątkowo się mnie wstydzisz… - na to przysunął się do niej i specjalnie rozszerzył powieki. Suzan długo nie zachowała powagi przy tym spojrzeniu i w powietrzu znów rozległ się śmiech.
- Na Boga, Yoshi przestań! – zarechotała nastolatka, odpychając wojownika na swoje miejsce.
Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że z ich drzewa widać bawiący się klan przy ognisku.
- No, nie… znowu się spili do nieprzytomności. – zaśmiała się kręcąc głową.
- Tylko mi nie mów, że się dziwisz. – uśmiechnął się wojownik.
- Tak podsumowując… dzisiejszy dzień, był świetny! Nie sądziłam, że dawanie może być tak wspaniałe.
- Wedle powiedzenia: „lepiej dawać niż przyjmować”. Jest w tym dużo prawdy.
- Prawdziwa radość dawania…
- Oj tak… A powiedz mi jeszcze jedno – mówiąc to lider wyciągnął się przeciągle – spałaś już kiedyś na drzewie?


C.D.N
Pierwszy rozdział w Nowym Roku! ;) A blogaskowi stuknął już rok (Sto Lat!)
Ah... długo się nie ujawniałam - to fakt. Ale przeprowadzka, nowa szkoła, nowe wyzwania... To wszystko wzięło górę. Później opętał mnie western, potem ponownie Skyrim, a w międzyczasie pod nogami miotał mi się również świat Starka - masakra. Suzan była gdzieś daleko, parę razy wspomniana. Lecz z pewnością tego potrzebowałam, by teraz na nowo wziąć się do pracy. Pomysłów jak zwykle nie brakuje, następny rozdział już do połowy zapisany, a przed nami, czyli po rozdziale siódmym ukaże się część, w której to skończy się cała doczesna sielanka (no kiedyś to musi nadejść).
---
Co powiemy o tym rozdziale? A wierzcie mi, powinnam parę słów nająć. 
Przede wszystkim to, iż bazowałam na rzeczywistych faktach z Tekkena. Rozdawanie pieniędzy przez klan Manji został przedstawiony w pierwszej części słynnej bijatyki:


Jak sami widzicie, grafika tamtych czasów pozostawia wiele do życzenia, a jednocześnie bardziej śmieszy, niż przekazuje to co kluczowe. Dlatego mój rozdział był takim jakby małym przedsięwzięciem. Chciałam ukazać moją wizję tego wydarzenia z należytą powagą. 
Niestety pierwsza ilustracja rozdziału nie satysfakcjonuje mnie do końca (szkic robiony dobry rok temu, kolorowanie na odwal XD), za to druga bardzo dobrze to rekompensuje. Przyłożyłam się do niej oraz mam wrażenie, że nieco wprawiłam się w mazianiu na tablecie.
Z samym rysowaniem wiążę swoiste plany w tym roku - pragnę iść na kurs, by doszlifować moje umiejętności i opanować tą piekielną perspektywę. >.> Zobaczymy jak to wszystko wyjdzie w praniu, a tymczasem... cieszmy się w z długiego weekendu! No i czekajcie na rozdział, bo... no! Będzie się działo. ;)
Komentujcie, obserwujcie, mała magiczna ikonka! :)
Pozdrawiam EKONI